to, choć swego czasu udane, wywołuje już teraz u mnie odruch wymiotny. Zdając sobie sprawę z tego, że nikogo tym nie zachęcam (a przynajmniej hipotetycznego czytelnika), chciałem dodać, że polecam przeczytanie go. Ha ha uha. No, warto też dodać, że został nagrodzony drugim miejscem w Jakimś Konkursie oraz doczekał się "poważnej" publikacji. Więc kopiowanie i podpisywanie tego własnym imieniem nic nie da, i tak udowodnię, że to ja jestem autorem!;P
"Feniks"
Żal, smutek, przygnębienie. I melancholia. To, co czułem, na pewno w jakimś stopniu zawierało się w tych słowach. Czasami złość. Przelotnie. Na siebie, na życie, na Boga, w którego i tak nie wierzyłem. Paradoks? Nie sądzę.
Ot puszka, kopnięcie, brzdęk aluminium, uderzającego o betonowe płyty chodnikowe. Pusty był odgłos, pusta puszka, ulice puste i w tym wszystkim ja, równie pusty, pozbawiony uczucia, na którym tak bardzo mi zależało. Migoczące latarnie, odgłosy przejeżdżających niedaleko samochodów co jakiś czas. Noc. Pustka.
Zamknąłem oczy i odpłynąłem. Wpierw porwał mnie wiatr, smutek rwał i szarpał, a melancholia uderzała niczym pięściarz precyzyjnie wymierzający ciosy. Zapadałem się w nicość. Była tak blisko, na wyciągnięcie ręki. Zachwiałem się, upadłem na bok, jakby zemdlony. Nie otwierałem oczu. Nagrzane płyty chodnikowe były cudowne. Przyjęły mnie ciepło, ze spokojem. O nic nie pytały, leżały ze mną w milczeniu. Tak chciałem, by to był koniec.
W końcu otworzyłem oczy. Pomarańczowe światło latarni przyciągało chmarę ciem. Brakowało mi świerszczy, brakowało tu drzew. Płyty chodnikowe nie wystarczały. Wstałem, ruszyłem i doszedłem tam, gdzie chciałem.
Na stacji było cicho, jakiś bezdomny człowiek spał na ławce. Biedny! Kupiłem sobie bilet w jedną stronę, połowę pozostałych pieniędzy wsunąłem parszywie śmierdzącemu bezdomnemu do kieszeni brązowego płaszcza. Usiadłem na ławce obok. Pociąg miał przyjechać za godzinę. Stanowczo za długo, ale cóż. Ławka była niewygodna i obdrapana. Tablica z nazwą stacji zardzewiała. Peron krzywy, szary i brudny. Rozkład jazdy zamazany. Z dachu nad stacją spływał jakiś tajemniczy płyn. Jeszcze godzina...
Pół godziny – myśli nie były przyjemne.
Piętnaście minut – dwie osoby wchodzą na stację. Mężczyźni, chyba podpici. Bezsens, złość i bezsilność szturmowały mój statek. Czy wytrzyma? A mam szalupy?
Pięć minut – sześć osób nie licząc mnie i bezdomnego na stacji. Komunikat: pociąg opóźni się o około dziesięć minut z powodu remontu szyn. Megafon trzeszczący.
Dziesięć minut do tyłu i pojawia się w oddali światełko. Warga przegryziona do krwi. W pociągu było dużo wolnych miejsc, ja bezwiednie dosiadłem się do trzech młodych, łysych mężczyzn. W pierwszej chwili byli zaskoczeni, zaczęli spoglądać groźnie. Kobieta siedząca niedaleko wyszła z przedziału, jakby przeczuwając awanturę. Mężczyźni zaczęli warczeć. Spojrzałem na nich i w tej chwili zrozumieli. Wymieniliśmy kilka słów, pokiwali głowami ze zrozumieniem, podali nawet zachęcająco przezroczystą butelkę. Podziękowałem im, więc pili sami.
Nie spałem, patrzyłem tylko w okno. Jeden z łysych zaproponował, bym usiadł na jego miejscu, właśnie przy oknie. Zgodziłem się. Las za szybą ział potworną wręcz czernią. Zapytali, co zamierzam. Powiedziałem im. Poradzili wysiąść na następnej stacji.
Pożegnałem się, a oni dali mi butelkę piwa na drogę. Wysiadłem na niewielkiej stacji, w jakiejś nienazwanej nigdy miejscowości. Było zbyt ciemno. Ktoś zbił latarnie. Ruszyłem: wpierw chodnikiem, potem poboczem, skręciłem w końcu w las i w tej samej chwili wpłynąłem w ciemność absolutną, w czerń, w nicość, w pustkę. Czułem gęstość otaczającej mnie nocy. Nie wiedziałem, którędy prowadzi dróżka. Około piętnastu minut udawało mi się iść po ścieżce, patrząc w kawałek ciemnogranatowego nieba, prześwitującego ponad nią. I nagle wyłoniła się przede mną polana. Serce zabiło mi szybciej na cudny widok, jaki ujrzałem. Niebo upstrzone maleńkimi, migoczącymi punkcikami z jedną dużą plamą w kształcie rogalika. A dokoła las. Przez środek polanki przepływała drobna, na trzy metry szeroka rzeczka. Mały, drewniany mostek zadygotał, gdy na niego wszedłem. Usiadłem na jego krawędzi i położyłem się.
Niebo... Patrzyłem na nie urzeczony. Było zupełnie inne niż w mieście: nasycone gwiazdami skrzącymi się niczym diamentowy pył. W obliczu tego ogromu przestworzy ponade mną uczucia nieco przycichły. Tak, nieco... Ale cóż znaczyć może dla mnie świat i jego cuda bez szczęścia?
Plusk wody. Żaba albo inne stworzonko wskoczyło do rzeczki. I niestrudzone świerszcze. Grały przez cały czas, cały czas i cały czas. Czubki drzew łagodnie falowały na wietrze. Tak, na Ziemi panował spokój... Nietoperz zatrzepotał gdzieś skrzydłami. W mojej głowie jednak wciąż szalał sztorm, próbujący strzaskać tratwę, na której dryfowałem. Dryfowałem.
Dryfowałem bez nadziei na ujrzenie lądu. Lecz... czemu w takim razie żyłem? Bez wiary i nadziei nie miało moje życie sensu. A jednak płynąłem z nurtem. Gdzie mnie zawiedzie – nie wiedziałem.
Życie i śmierć. I szczęście. To chyba dla niego człowiek żyje. Nie mogłem jednak być szczęśliwym... Dla mnie, wyzutego z nadziei, nie miało już nic znaczenia. Nie mogłem być szczęśliwy... przez Nią.
Bo Ona nie chce. Bo ona mnie lubi. Nie chce. Lubi. Chcelubić......
Zbudziłem się, leżąc na moście na wznak, całkowicie przemarznięty, dygoczący. Kiedy wychodziłem wczoraj popołudniu z domu, było ciepło. Nogi jednak zabrały mnie gdzieś tutaj. Gdzie ja tak w ogóle jestem, co ja tu robię? W mojej głowie panowało zniszczenie po wczorajszym sztormie. Dzisiaj jeszcze nie zdążył się rozbudzić, pozostawił jedynie pustkę, przerażającą pustkę. Perspektywa zrobienie czegokolwiek odbierała mi resztki sił. Wstałem, przeszedłem kilka metrów i usiadłem na wilgotnej od porannej rosy trawie. Słońce powoli wstawało ponad koronami drzew. Jego ciepłe promienie zaczynały już mnie z lekka ogrzewać. Podkurczyłem nogi i objąłem je rękami. Drżenie... Chłód...
I głód...
Drżenie... Chłód... Ciało zesztywniało mi nieco od siedzenia, z zimna. Żołądek ścisnął skurcz. Znowu głód. Powoli rozplotłem dłonie, ostrożnie położyłem się na plecach na mokrej trawie. Jej zimno nieprzyjemnie dało się we znaki. Lecz trawa była. Soczysta zieleń i jej życie dodały mi sił. Świat stał się znowu piękny. Na ten moment! Ułożyłem głowę na mokrej ziemi, a włosy szybko nabrały wilgoci. Zimno uderzyło mocniej w tylną część czaszki. Odchyliłem nieco bardziej głowę, opierając się o ziemię jej czubkiem. I wtedy stał się cud: świat był do góry nogami! Jakby nigdy nic wszystko się zmieniło! Wszystko! Boże, to była prawda!
Zacząłem się śmiać! Czyż to nie cudowne? Wszystko było na odwrót: najniżej – pośród niebieskich przestworzy – latały pojedyncze ptaki. Nieco ponad nimi unosiła się biała mgiełka, zaś nad nią roztaczała się łąka i potężna armia drzew. Śmiałem się beztrosko! O, jakie to było cudowne! Jeden ruch i wszystko się zmieniało. Z tej perspektywy wszystko nabierało nowego znaczenia, cały dotychczasowy świat przestawał mieć sens! Śmiałem się do rozpuku! Zacząłem się nawet dławić, oczy łzawiły, a śmiech przerodził się w kaszel. Pojawiły się drgawki, przymknąłem oczy, które zaczęły mnie boleć od kaszlu i drżenia. Ból w klatce piersiowej, ból brzucha, świat do góry nogami. Ptaki! Gdzieś tam pływały po niebie ptaki! I jeszcze śmiech, jeszcze się krztusiłem, jeszcze trochę... A ukojenie napłynęło powoli. Ból minął... tlił się gdzieś na dnie świadomości, śmiech również przeszedł. Jeszcze tylko jedno „cha-cha”... i już nic. Koniec.
Stałem patrząc na zesztywniałe ciało leżące u moich stóp... A wokół świat taki, jakim był, a jednocześnie zupełnie inny od tego, który zostawiałem. Myślałem...
Uśmiechnąłem się. To jednak nie był koniec...
od pewnego punktu w czasie: moja wesoła twórczość, dema, wprawki i tym podobne; enjoy
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

3 komentarze:
Najbardziej mi się "podoba", czytając teraz, fragment ze wsuwaniem pieniędzy bezdomnemu do kieszeni. Ałć. Jest tak kiczowaty, że aż boli.
Mi się najbardziej podobały:
w kategorii porównanie: "melancholia uderzała niczym pięściarz precyzyjnie wymierzający ciosy"
W kategorii świeże spojrzenie: "Ale cóż znaczyć może dla mnie świat i jego cuda bez szczęścia?"
W kategorii peryfraza: "Zimno uderzyło mocniej w tylną część czaszki."
Wszelki duch Boga chwali! Olek reaktywował blogasa! Niesamowite:)
Prześlij komentarz