To jak jakiś żart, brzmi. Marna piosenka i do tego przerobiony tytuł. „Może to coś zmieni...”
Mógłbym myśleć, że te słowa mnie dotyczą. Znaleźć drugie dno, ukryty sens... Ale to są tylko słowa. Jej dźwięki zresztą też nie mówią o mnie nic. W zasadzie to nawet dobrze nie pamiętam melodii. W ogóle nic z niej nie pamiętam. To jak jakiś żart...
Więc Johnny, czemu nie nazywasz się inaczej? Zaczerpnięty z tytułu marnej piosenki, która Cię nie dotyczy... I do tego z tytułu, w którym Cię nie ma.
Stając na jezdni, skupiasz – skupiam – się na: jej barwie – ale to tylko wtedy, gdy jest mokro, gdy cała się skrzy w nie swoich kolorach. Cud. Gdy stoję – stoisz – na jezdni, skupiać się należy na – życiu. Na wietrze, który owiewając twarz, daje sygnał (żyj!). W zasadzie jezdnia jest tu najmniej istotna.
Stojąc na jezdni (jest mokro, pamiętaj) co czujesz, drogi Johnny? Skupiasz się na jej kolorze, który tak naprawdę nie należy do niej. Latarnie, neony, budynki, światła z mieszkań – to one. To ich. A czy ty, Johnny, też tam jesteś?
Skupiasz się na życiu. Johnny, wiatr. Owionął Ci twarz. Czujesz? Czy czujesz? Czy słyszysz? Subtelny głos, tyle że nie słyszalny, a wyczuwalny. Fale do mózgu – przez twarz, nie uszy. Dostał się przez kołnierz, sukinsyn, pod koszulkę, chłodem przejmuje całe ciało. Dreszcz. Czy teraz rozumiesz co Ci mówi? Że żyjesz...?
Się nie uśmiecham. Johnny, stojąc na drodze się nie uśmiecha (uśmiecham).
W zasadzie nie ma to różnicy, czy Johnny stoi na jezdni, czy na polu, czy w beczce gówna, prawda? Przecież wiatr... on... zawsze? Prawda? Czy to ma znaczenie? Johnny milczący, ponury. Patrzy w jezdnię. Obce kolory (poprzez odbicie). Obce myśli (bo widzi).
To, że się nie uśmiecham, ma pewne znaczenie. Patrząc na jezdnię, na feerię barw, i czując na sobie powiew wiatru, nie mógłbym być szczęśliwszy. Boże, jaki ten Johnny był (byłem) szczęśliwy!
Ale uśmiech, prosta oznaka, charakteryzująca – zazwyczaj, bo nie wolno (wolno) generalizować – człowieka szczęśliwego, na jego twarzy się nie pojawiła. Johnny, czy już wiesz, czemu to jest jezdnia, a nie beczka gówna?
Teraźniejszość ma to do siebie, że nie jest uchwytna, toteż doświadczanie szczęścia tak chwilowego, tego ulotnego momentu ekstazy, orgazmu duchowego, cudu odczuwania był – kurwa – nic nie warty.
Och, Johnny, zdradź swój sekret... nim zrozumiesz, czemu jezdnia.
Może Johnny się uśmiechnął. A może chciał to zrobić.
Nie usłyszał tego, co słyszał tamten: „Może to coś zmieni”. Tamten to lubił.
Johnny...
Bardzo głuchy dźwięk. Nie do opisania.
Johnny...
Klik! Tup, tup, tup, tup... „Kurwa...”
Johnny, czy słyszałeś co mówił wiatr? Czy to miało sens? Po co słuchałeś? Czy dowiedziałeś się, czemu jezdnia? Czy dostrzegłeś – nagle! – jeszcze jedno światło?
Papieros. Tamten ciągle: „KURWA!”. Tamten to lubił. Ona ciągle leciała, z radia, z głośnika, (Opel Corsa), przez otwarte drzwi: „Mam na imię Jenny, może to coś zmieni...”
Na Zewnątrz
od pewnego punktu w czasie: moja wesoła twórczość, dema, wprawki i tym podobne; enjoy
25 września 2008
27 czerwca 2008
kolejne stare opowiadanie
to, choć swego czasu udane, wywołuje już teraz u mnie odruch wymiotny. Zdając sobie sprawę z tego, że nikogo tym nie zachęcam (a przynajmniej hipotetycznego czytelnika), chciałem dodać, że polecam przeczytanie go. Ha ha uha. No, warto też dodać, że został nagrodzony drugim miejscem w Jakimś Konkursie oraz doczekał się "poważnej" publikacji. Więc kopiowanie i podpisywanie tego własnym imieniem nic nie da, i tak udowodnię, że to ja jestem autorem!;P
"Feniks"
Żal, smutek, przygnębienie. I melancholia. To, co czułem, na pewno w jakimś stopniu zawierało się w tych słowach. Czasami złość. Przelotnie. Na siebie, na życie, na Boga, w którego i tak nie wierzyłem. Paradoks? Nie sądzę.
Ot puszka, kopnięcie, brzdęk aluminium, uderzającego o betonowe płyty chodnikowe. Pusty był odgłos, pusta puszka, ulice puste i w tym wszystkim ja, równie pusty, pozbawiony uczucia, na którym tak bardzo mi zależało. Migoczące latarnie, odgłosy przejeżdżających niedaleko samochodów co jakiś czas. Noc. Pustka.
Zamknąłem oczy i odpłynąłem. Wpierw porwał mnie wiatr, smutek rwał i szarpał, a melancholia uderzała niczym pięściarz precyzyjnie wymierzający ciosy. Zapadałem się w nicość. Była tak blisko, na wyciągnięcie ręki. Zachwiałem się, upadłem na bok, jakby zemdlony. Nie otwierałem oczu. Nagrzane płyty chodnikowe były cudowne. Przyjęły mnie ciepło, ze spokojem. O nic nie pytały, leżały ze mną w milczeniu. Tak chciałem, by to był koniec.
W końcu otworzyłem oczy. Pomarańczowe światło latarni przyciągało chmarę ciem. Brakowało mi świerszczy, brakowało tu drzew. Płyty chodnikowe nie wystarczały. Wstałem, ruszyłem i doszedłem tam, gdzie chciałem.
Na stacji było cicho, jakiś bezdomny człowiek spał na ławce. Biedny! Kupiłem sobie bilet w jedną stronę, połowę pozostałych pieniędzy wsunąłem parszywie śmierdzącemu bezdomnemu do kieszeni brązowego płaszcza. Usiadłem na ławce obok. Pociąg miał przyjechać za godzinę. Stanowczo za długo, ale cóż. Ławka była niewygodna i obdrapana. Tablica z nazwą stacji zardzewiała. Peron krzywy, szary i brudny. Rozkład jazdy zamazany. Z dachu nad stacją spływał jakiś tajemniczy płyn. Jeszcze godzina...
Pół godziny – myśli nie były przyjemne.
Piętnaście minut – dwie osoby wchodzą na stację. Mężczyźni, chyba podpici. Bezsens, złość i bezsilność szturmowały mój statek. Czy wytrzyma? A mam szalupy?
Pięć minut – sześć osób nie licząc mnie i bezdomnego na stacji. Komunikat: pociąg opóźni się o około dziesięć minut z powodu remontu szyn. Megafon trzeszczący.
Dziesięć minut do tyłu i pojawia się w oddali światełko. Warga przegryziona do krwi. W pociągu było dużo wolnych miejsc, ja bezwiednie dosiadłem się do trzech młodych, łysych mężczyzn. W pierwszej chwili byli zaskoczeni, zaczęli spoglądać groźnie. Kobieta siedząca niedaleko wyszła z przedziału, jakby przeczuwając awanturę. Mężczyźni zaczęli warczeć. Spojrzałem na nich i w tej chwili zrozumieli. Wymieniliśmy kilka słów, pokiwali głowami ze zrozumieniem, podali nawet zachęcająco przezroczystą butelkę. Podziękowałem im, więc pili sami.
Nie spałem, patrzyłem tylko w okno. Jeden z łysych zaproponował, bym usiadł na jego miejscu, właśnie przy oknie. Zgodziłem się. Las za szybą ział potworną wręcz czernią. Zapytali, co zamierzam. Powiedziałem im. Poradzili wysiąść na następnej stacji.
Pożegnałem się, a oni dali mi butelkę piwa na drogę. Wysiadłem na niewielkiej stacji, w jakiejś nienazwanej nigdy miejscowości. Było zbyt ciemno. Ktoś zbił latarnie. Ruszyłem: wpierw chodnikiem, potem poboczem, skręciłem w końcu w las i w tej samej chwili wpłynąłem w ciemność absolutną, w czerń, w nicość, w pustkę. Czułem gęstość otaczającej mnie nocy. Nie wiedziałem, którędy prowadzi dróżka. Około piętnastu minut udawało mi się iść po ścieżce, patrząc w kawałek ciemnogranatowego nieba, prześwitującego ponad nią. I nagle wyłoniła się przede mną polana. Serce zabiło mi szybciej na cudny widok, jaki ujrzałem. Niebo upstrzone maleńkimi, migoczącymi punkcikami z jedną dużą plamą w kształcie rogalika. A dokoła las. Przez środek polanki przepływała drobna, na trzy metry szeroka rzeczka. Mały, drewniany mostek zadygotał, gdy na niego wszedłem. Usiadłem na jego krawędzi i położyłem się.
Niebo... Patrzyłem na nie urzeczony. Było zupełnie inne niż w mieście: nasycone gwiazdami skrzącymi się niczym diamentowy pył. W obliczu tego ogromu przestworzy ponade mną uczucia nieco przycichły. Tak, nieco... Ale cóż znaczyć może dla mnie świat i jego cuda bez szczęścia?
Plusk wody. Żaba albo inne stworzonko wskoczyło do rzeczki. I niestrudzone świerszcze. Grały przez cały czas, cały czas i cały czas. Czubki drzew łagodnie falowały na wietrze. Tak, na Ziemi panował spokój... Nietoperz zatrzepotał gdzieś skrzydłami. W mojej głowie jednak wciąż szalał sztorm, próbujący strzaskać tratwę, na której dryfowałem. Dryfowałem.
Dryfowałem bez nadziei na ujrzenie lądu. Lecz... czemu w takim razie żyłem? Bez wiary i nadziei nie miało moje życie sensu. A jednak płynąłem z nurtem. Gdzie mnie zawiedzie – nie wiedziałem.
Życie i śmierć. I szczęście. To chyba dla niego człowiek żyje. Nie mogłem jednak być szczęśliwym... Dla mnie, wyzutego z nadziei, nie miało już nic znaczenia. Nie mogłem być szczęśliwy... przez Nią.
Bo Ona nie chce. Bo ona mnie lubi. Nie chce. Lubi. Chcelubić......
Zbudziłem się, leżąc na moście na wznak, całkowicie przemarznięty, dygoczący. Kiedy wychodziłem wczoraj popołudniu z domu, było ciepło. Nogi jednak zabrały mnie gdzieś tutaj. Gdzie ja tak w ogóle jestem, co ja tu robię? W mojej głowie panowało zniszczenie po wczorajszym sztormie. Dzisiaj jeszcze nie zdążył się rozbudzić, pozostawił jedynie pustkę, przerażającą pustkę. Perspektywa zrobienie czegokolwiek odbierała mi resztki sił. Wstałem, przeszedłem kilka metrów i usiadłem na wilgotnej od porannej rosy trawie. Słońce powoli wstawało ponad koronami drzew. Jego ciepłe promienie zaczynały już mnie z lekka ogrzewać. Podkurczyłem nogi i objąłem je rękami. Drżenie... Chłód...
I głód...
Drżenie... Chłód... Ciało zesztywniało mi nieco od siedzenia, z zimna. Żołądek ścisnął skurcz. Znowu głód. Powoli rozplotłem dłonie, ostrożnie położyłem się na plecach na mokrej trawie. Jej zimno nieprzyjemnie dało się we znaki. Lecz trawa była. Soczysta zieleń i jej życie dodały mi sił. Świat stał się znowu piękny. Na ten moment! Ułożyłem głowę na mokrej ziemi, a włosy szybko nabrały wilgoci. Zimno uderzyło mocniej w tylną część czaszki. Odchyliłem nieco bardziej głowę, opierając się o ziemię jej czubkiem. I wtedy stał się cud: świat był do góry nogami! Jakby nigdy nic wszystko się zmieniło! Wszystko! Boże, to była prawda!
Zacząłem się śmiać! Czyż to nie cudowne? Wszystko było na odwrót: najniżej – pośród niebieskich przestworzy – latały pojedyncze ptaki. Nieco ponad nimi unosiła się biała mgiełka, zaś nad nią roztaczała się łąka i potężna armia drzew. Śmiałem się beztrosko! O, jakie to było cudowne! Jeden ruch i wszystko się zmieniało. Z tej perspektywy wszystko nabierało nowego znaczenia, cały dotychczasowy świat przestawał mieć sens! Śmiałem się do rozpuku! Zacząłem się nawet dławić, oczy łzawiły, a śmiech przerodził się w kaszel. Pojawiły się drgawki, przymknąłem oczy, które zaczęły mnie boleć od kaszlu i drżenia. Ból w klatce piersiowej, ból brzucha, świat do góry nogami. Ptaki! Gdzieś tam pływały po niebie ptaki! I jeszcze śmiech, jeszcze się krztusiłem, jeszcze trochę... A ukojenie napłynęło powoli. Ból minął... tlił się gdzieś na dnie świadomości, śmiech również przeszedł. Jeszcze tylko jedno „cha-cha”... i już nic. Koniec.
Stałem patrząc na zesztywniałe ciało leżące u moich stóp... A wokół świat taki, jakim był, a jednocześnie zupełnie inny od tego, który zostawiałem. Myślałem...
Uśmiechnąłem się. To jednak nie był koniec...
"Feniks"
Żal, smutek, przygnębienie. I melancholia. To, co czułem, na pewno w jakimś stopniu zawierało się w tych słowach. Czasami złość. Przelotnie. Na siebie, na życie, na Boga, w którego i tak nie wierzyłem. Paradoks? Nie sądzę.
Ot puszka, kopnięcie, brzdęk aluminium, uderzającego o betonowe płyty chodnikowe. Pusty był odgłos, pusta puszka, ulice puste i w tym wszystkim ja, równie pusty, pozbawiony uczucia, na którym tak bardzo mi zależało. Migoczące latarnie, odgłosy przejeżdżających niedaleko samochodów co jakiś czas. Noc. Pustka.
Zamknąłem oczy i odpłynąłem. Wpierw porwał mnie wiatr, smutek rwał i szarpał, a melancholia uderzała niczym pięściarz precyzyjnie wymierzający ciosy. Zapadałem się w nicość. Była tak blisko, na wyciągnięcie ręki. Zachwiałem się, upadłem na bok, jakby zemdlony. Nie otwierałem oczu. Nagrzane płyty chodnikowe były cudowne. Przyjęły mnie ciepło, ze spokojem. O nic nie pytały, leżały ze mną w milczeniu. Tak chciałem, by to był koniec.
W końcu otworzyłem oczy. Pomarańczowe światło latarni przyciągało chmarę ciem. Brakowało mi świerszczy, brakowało tu drzew. Płyty chodnikowe nie wystarczały. Wstałem, ruszyłem i doszedłem tam, gdzie chciałem.
Na stacji było cicho, jakiś bezdomny człowiek spał na ławce. Biedny! Kupiłem sobie bilet w jedną stronę, połowę pozostałych pieniędzy wsunąłem parszywie śmierdzącemu bezdomnemu do kieszeni brązowego płaszcza. Usiadłem na ławce obok. Pociąg miał przyjechać za godzinę. Stanowczo za długo, ale cóż. Ławka była niewygodna i obdrapana. Tablica z nazwą stacji zardzewiała. Peron krzywy, szary i brudny. Rozkład jazdy zamazany. Z dachu nad stacją spływał jakiś tajemniczy płyn. Jeszcze godzina...
Pół godziny – myśli nie były przyjemne.
Piętnaście minut – dwie osoby wchodzą na stację. Mężczyźni, chyba podpici. Bezsens, złość i bezsilność szturmowały mój statek. Czy wytrzyma? A mam szalupy?
Pięć minut – sześć osób nie licząc mnie i bezdomnego na stacji. Komunikat: pociąg opóźni się o około dziesięć minut z powodu remontu szyn. Megafon trzeszczący.
Dziesięć minut do tyłu i pojawia się w oddali światełko. Warga przegryziona do krwi. W pociągu było dużo wolnych miejsc, ja bezwiednie dosiadłem się do trzech młodych, łysych mężczyzn. W pierwszej chwili byli zaskoczeni, zaczęli spoglądać groźnie. Kobieta siedząca niedaleko wyszła z przedziału, jakby przeczuwając awanturę. Mężczyźni zaczęli warczeć. Spojrzałem na nich i w tej chwili zrozumieli. Wymieniliśmy kilka słów, pokiwali głowami ze zrozumieniem, podali nawet zachęcająco przezroczystą butelkę. Podziękowałem im, więc pili sami.
Nie spałem, patrzyłem tylko w okno. Jeden z łysych zaproponował, bym usiadł na jego miejscu, właśnie przy oknie. Zgodziłem się. Las za szybą ział potworną wręcz czernią. Zapytali, co zamierzam. Powiedziałem im. Poradzili wysiąść na następnej stacji.
Pożegnałem się, a oni dali mi butelkę piwa na drogę. Wysiadłem na niewielkiej stacji, w jakiejś nienazwanej nigdy miejscowości. Było zbyt ciemno. Ktoś zbił latarnie. Ruszyłem: wpierw chodnikiem, potem poboczem, skręciłem w końcu w las i w tej samej chwili wpłynąłem w ciemność absolutną, w czerń, w nicość, w pustkę. Czułem gęstość otaczającej mnie nocy. Nie wiedziałem, którędy prowadzi dróżka. Około piętnastu minut udawało mi się iść po ścieżce, patrząc w kawałek ciemnogranatowego nieba, prześwitującego ponad nią. I nagle wyłoniła się przede mną polana. Serce zabiło mi szybciej na cudny widok, jaki ujrzałem. Niebo upstrzone maleńkimi, migoczącymi punkcikami z jedną dużą plamą w kształcie rogalika. A dokoła las. Przez środek polanki przepływała drobna, na trzy metry szeroka rzeczka. Mały, drewniany mostek zadygotał, gdy na niego wszedłem. Usiadłem na jego krawędzi i położyłem się.
Niebo... Patrzyłem na nie urzeczony. Było zupełnie inne niż w mieście: nasycone gwiazdami skrzącymi się niczym diamentowy pył. W obliczu tego ogromu przestworzy ponade mną uczucia nieco przycichły. Tak, nieco... Ale cóż znaczyć może dla mnie świat i jego cuda bez szczęścia?
Plusk wody. Żaba albo inne stworzonko wskoczyło do rzeczki. I niestrudzone świerszcze. Grały przez cały czas, cały czas i cały czas. Czubki drzew łagodnie falowały na wietrze. Tak, na Ziemi panował spokój... Nietoperz zatrzepotał gdzieś skrzydłami. W mojej głowie jednak wciąż szalał sztorm, próbujący strzaskać tratwę, na której dryfowałem. Dryfowałem.
Dryfowałem bez nadziei na ujrzenie lądu. Lecz... czemu w takim razie żyłem? Bez wiary i nadziei nie miało moje życie sensu. A jednak płynąłem z nurtem. Gdzie mnie zawiedzie – nie wiedziałem.
Życie i śmierć. I szczęście. To chyba dla niego człowiek żyje. Nie mogłem jednak być szczęśliwym... Dla mnie, wyzutego z nadziei, nie miało już nic znaczenia. Nie mogłem być szczęśliwy... przez Nią.
Bo Ona nie chce. Bo ona mnie lubi. Nie chce. Lubi. Chcelubić......
Zbudziłem się, leżąc na moście na wznak, całkowicie przemarznięty, dygoczący. Kiedy wychodziłem wczoraj popołudniu z domu, było ciepło. Nogi jednak zabrały mnie gdzieś tutaj. Gdzie ja tak w ogóle jestem, co ja tu robię? W mojej głowie panowało zniszczenie po wczorajszym sztormie. Dzisiaj jeszcze nie zdążył się rozbudzić, pozostawił jedynie pustkę, przerażającą pustkę. Perspektywa zrobienie czegokolwiek odbierała mi resztki sił. Wstałem, przeszedłem kilka metrów i usiadłem na wilgotnej od porannej rosy trawie. Słońce powoli wstawało ponad koronami drzew. Jego ciepłe promienie zaczynały już mnie z lekka ogrzewać. Podkurczyłem nogi i objąłem je rękami. Drżenie... Chłód...
I głód...
Drżenie... Chłód... Ciało zesztywniało mi nieco od siedzenia, z zimna. Żołądek ścisnął skurcz. Znowu głód. Powoli rozplotłem dłonie, ostrożnie położyłem się na plecach na mokrej trawie. Jej zimno nieprzyjemnie dało się we znaki. Lecz trawa była. Soczysta zieleń i jej życie dodały mi sił. Świat stał się znowu piękny. Na ten moment! Ułożyłem głowę na mokrej ziemi, a włosy szybko nabrały wilgoci. Zimno uderzyło mocniej w tylną część czaszki. Odchyliłem nieco bardziej głowę, opierając się o ziemię jej czubkiem. I wtedy stał się cud: świat był do góry nogami! Jakby nigdy nic wszystko się zmieniło! Wszystko! Boże, to była prawda!
Zacząłem się śmiać! Czyż to nie cudowne? Wszystko było na odwrót: najniżej – pośród niebieskich przestworzy – latały pojedyncze ptaki. Nieco ponad nimi unosiła się biała mgiełka, zaś nad nią roztaczała się łąka i potężna armia drzew. Śmiałem się beztrosko! O, jakie to było cudowne! Jeden ruch i wszystko się zmieniało. Z tej perspektywy wszystko nabierało nowego znaczenia, cały dotychczasowy świat przestawał mieć sens! Śmiałem się do rozpuku! Zacząłem się nawet dławić, oczy łzawiły, a śmiech przerodził się w kaszel. Pojawiły się drgawki, przymknąłem oczy, które zaczęły mnie boleć od kaszlu i drżenia. Ból w klatce piersiowej, ból brzucha, świat do góry nogami. Ptaki! Gdzieś tam pływały po niebie ptaki! I jeszcze śmiech, jeszcze się krztusiłem, jeszcze trochę... A ukojenie napłynęło powoli. Ból minął... tlił się gdzieś na dnie świadomości, śmiech również przeszedł. Jeszcze tylko jedno „cha-cha”... i już nic. Koniec.
Stałem patrząc na zesztywniałe ciało leżące u moich stóp... A wokół świat taki, jakim był, a jednocześnie zupełnie inny od tego, który zostawiałem. Myślałem...
Uśmiechnąłem się. To jednak nie był koniec...
24 czerwca 2008
"It's full of stars!"
Podobnie jak owo zdanie, które przez Dave'a nigdy w SO 2001 nigdy wypowiedziane nie było, a dopiero zostało wymyślone na potrzeby Odysei Kosmicznej 2010, tak i ja mam teraz ochotę napisać, że przecież w ostatniej notce uprzedzałem o półrocznej przerwie w pisaniu, tylko TY tego nie zauważyłeś.
Sesja niemal zakończona. W związku z tym ruszam z fabularyzowanym dziennikiem z podróży, w którą się wybieram. Teoretycznie treść powinna tu się znaleźć już PO fakcie, ale mam nadzieję, że uda mi się wcześniej wpisać coś na kształt wstępu. To znaczy o ile będę bardzo przysypiał nad notatkami z prawa, powinien się tu znaleźć lada moment, hah.
Ktoś tu w ogóle bywa??
Sesja niemal zakończona. W związku z tym ruszam z fabularyzowanym dziennikiem z podróży, w którą się wybieram. Teoretycznie treść powinna tu się znaleźć już PO fakcie, ale mam nadzieję, że uda mi się wcześniej wpisać coś na kształt wstępu. To znaczy o ile będę bardzo przysypiał nad notatkami z prawa, powinien się tu znaleźć lada moment, hah.
Ktoś tu w ogóle bywa??
08 maja 2008
tubi-dub
usunąłem parę notek, w zamian wklejam tą:
-pozbawioną treści (za treść przyjmuję tu coś, co ewentualny odbiorca mógłby wynieść z lektury)
-zrodzoną w braku chęci
-pozbawioną treści (za treść przyjmuję tu coś, co ewentualny odbiorca mógłby wynieść z lektury)
-zrodzoną w braku chęci
06 marca 2008
Półmrok
Moje baaardzo stare opowiadanie, sprzed paru lat. Zamieszczam je bez zmian (zrobiłem tylko jedną małą modyfikację, ale cały tekst pozostał niezmieniony), więc warsztatowo i generalnie może być zwyczajnie marne...
Półmrok
Z magnetofonu leciały smutne słowa piosenki, a on umierał. Powoli, niespiesznie, ale zawsze. Czuł to całym swoim ciałem. Kto wie, może nawet zaczął się już powoli rozkładać? Czasem zdawało mu się, jak jego członki rozpływają się niczym ciepły krem. Wstał z łóżka i przeszedł przez pokój do łazienki. Stanął przed lustrem i wbił w nie swoje ponure spojrzenie. Nigdy się nie uśmiechał patrząc w lustro i tym razem nie zrobił wyjątku. Uniósł niepewnie prawą rękę i z odrazą przyłożył ją do twarzy. Na pierwszy rzut oka nie widać było oznak choroby, lecz on czuł, jak pod cienką powłoką skóry gnieździły się bakterie, które zżerały go od wewnątrz. Czasem czuł mrowienie i wiedział, że to one drążą. Złapał się za policzek. Był miękki, zbyt miękki. Trochę jak zgniły, spleśniały chleb. Gdyby pociągnął mocniej, z pewnością wyrwałby kawał skóry.
Opuścił wzrok i spojrzenie jego padło na kubek, w którym stała szczoteczka i pasta do zębów. Racja, to po to tu przyszedł. Sięgnął po nie i ostrożnie nałożył pastę na szczotkę. Nie za dużo, lepiej żeby się nie zmarnowała. Ostrożnie wkłada ją do ust i powoli nią porusza. Musi uważać, gdyby dotknął dziąsła z pewnością zaczęłoby krwawić. Oczami wyobraźni widział jednak kawał mięsa na szczoteczce wyciąganej z ust po zbyt gwałtownym myciu. Ta myśl go przerażała. Czuł obrzydzenie do własnego ciała, nie chciał go oglądać, a szczególnie w kawałkach. Z pewnością ujrzałby, jak z mięsa wychodzą białe robaki, ryjące w jego ciele. Na tę myśl żołądek podskoczył mu do gardła. Zakrztusił się, szczotka wypadła z ust do umywalki. Niewiele brakowało, a pokryłaby się wymiocinami. Udało mu się jednak powstrzymać.
Obmył szybko twarz nie patrząc w lustro i wyszedł z łazienki. Wszedł z powrotem do sypialni. Mimo iż było południe, w pokoju panował półmrok.
Dzwonek. Krótki, powtórzył się dwa razy. Szybki rzut oka w kierunku przedpokoju. Najprawdopodobniej listonosz. Nie można być pewnym. Ostrożnie ruszył do drzwi stąpając bezszelestnie. Przysunął oko do wizjera, nie dotykając go jednak. Przed drzwiami stał listonosz.
Cichy zgrzyt odsuwanej zasuwy i skrzypnięcie otwieranych drzwi. Chłód klatki schodowej omiótł go i wpłynął do mieszkania. Zaklął w myślach i utkwił ponury wzrok w listonoszu. Ten nie zwróciwszy na niego uwagi zaczął grzebać w swojej torbie i rzekł:
-O, dzień dobry! Już myślałem, że nikogo nie ma... Pan George Burton?- skinienie głową. –Dobrze, to dobrze... Proszę tu podpisać- wręczył mu długopis, ale on już miał swój w ręku i składał podpis w wyznaczonym miejscu. –To dla pana- listonosz wręczył cienką kopertę Georgowi Burtonowi, po czym zdjął czapkę i pożegnał się. George Burton zamknął za nim drzwi bez słowa.
Było już ciemno, gdy zdecydował się wyjrzeć na dwór. Odsłonił rąbek zasłony i omiótł wzrokiem podwórko. Znowu ukazał mu się ten sam widok, który każdorazowo napełniał go wstrętem i obrzydzeniem. Pijacy na ławkach, bandy bachorów nie mających co ze sobą zrobić. Przeklął ich w myślach i zasłonił okno.
Usiadł na kanapie i odetchnął parę razy głęboko. Za chwilę będzie musiał wyjść na dwór i nastrajał się do tego. W końcu się uspokoił i założył buty. Zamknął za sobą pospiesznie drzwi, by jak najmniej smrodu klatki naleciało do mieszkania. Zszedł powoli po schodach uważając, żeby się nie potknąć. Groziłoby to poważnym złamaniem, najprawdopodobniej śmiercią lub kalectwem. Co prawda jego stan i tak zdawał się być przedagonalnym, ale mimo to miał coś jeszcze do zrobienia.
Po wyjściu z klatki uderzyła go fala miejskiego powietrza. Brudnego, zanieczyszczonego, stanowiącego pożywkę dal bakterii pożerających jego ciało. Opiął się mocniej płaszczem i ruszył w miasto.
Szedł wzdłuż ruchliwej ulicy, na chodniku było jednak stosunkowo mało ludzi. Młody chłopak śledził go. Miał może osiemnaście lat i szedł za nim przez pewien czas. George skręcił w pierwszą uliczkę i przyspieszył. Chłopak skręcił za nim i próbował skrócić dystans. Skręcił ponownie w lewo i wiedział już, że popełnił błąd. Stało w niej czterech chłopaczków żujących gumy i jedna dziewczyna. Na jego widok uśmiechnęli się złowieszczo i ruszyli w jego stronę. Nie mógł jednak uciec, bo drogę odwrotu odciął śledzący go chłopak i jeszcze jeden, który do niego dołączył. Nie miał zresztą zamiaru uciekać. Uciekając zwiększyłaby się szansa upadku, a to było groźne. Co prawda i ci tutaj nie wyglądali zachęcająco, ale...
-Ej, ty!- krzyknął jeden z typków i zbliżył się na odległość półtora metra. –Dawaj wszystko co masz, ale już! I zdejmuj płaszcz!
George Burton nie poruszył się, próbował jedynie uspokoić oddech.
-Słyszałeś, co do ciebie mówię?
-Jebnij mu, to ci da co chcesz!- rzucił jeden z grupki.
-Zostaw go, Steve!- szepnęła dziewczyna zbliżając się nieco.
-Zamknij się, bo i ty dostaniesz suko!- rzucił tamten i odwrócił się do George’a. –Liczę do trzech, a potem wsadzę ci to w brzuch- w rękach typka błysnął piętnastocentymetrowy nóż. Dziewczyna jęknęła cicho.
-Steve, odłóż to! Błagam Cię, słyszysz? A ty co tak stoisz?!- zwróciła się do George’a. –Uciekaj!
Rozległ się cichy trzask i dziewczyna osunęła się na kolana. Po jej policzku spływała strużka krwi.
-Ostrzegałem cię! Jak jeszcze raz piśniesz słówko, to cię zabiję, więc się zamknij! Potem cię jeszcze nauczę manier, ale się zamknij SŁYSZYSZ?- ryknął napastnik. Podarował jej jeszcze kopniaka w bok, aż ta upadła na ziemię i jęknęła cicho. –A co do ciebie... Masz trzy sekundy. Raz... dwa... trzy... A mogłeś dupku żyć. A tak żegnaj się...
Urwał nagle, a jego źrenice gwałtownie się zwęziły. Poczuł nagle potworny, rozdzierający ból w jądrach i z cichym kwikiem osunął się na ziemię. Nóż wypadł mu z ręki. Łzy napłynęły mu do oczu. Gdyby patrzył nad siebie, wciąż widziałby wycelowany weń pistolet. George podszedł do Steve’a i zawahał się przez chwilę. Ostatecznie jednak uniósł pistolet i wycelował w pozostałą grupkę, stojącą przed nim. Ci stali i wpatrywali się w niego z przerażeniem. George wyszukał wzrokiem osobnika, który zachęcał Steve’a do uderzenia go. Znalazł, wycelował, nie spudłował. Reszta nie czekała na swoją kolej i uciekła w popłochu. Został sam z dwoma kastratami i leżącą na bruku dziewczyną. Stanął nad nią. Ta uniosła wzrok i spojrzała na niego ze strachem. Patrzył na nią z jakimś nieznanym dotąd uczuciem. Chyba rozrzewnieniem... Przypomniał sobie czasy gdy chodził do szkoły. Inne dzieci, zabawy. George otrząsnął się i ruszył przed siebie. Spojrzał na zegarek. Był już spóźniony. Nie było sensu iść dalej. Wróci do domu i napisze list. Tak, to dobry pomysł...
Usłyszał szybkie kroki za sobą. Odwrócił się i ujrzał biegnącą za nim dziewczynę.
-Hej! Czekaj!- doszła do niego. W świetle latarni ujrzał rozcięcie, strużkę krwi z niej wypływającej i wijącej się po gładkim policzku. –Nie podziękowałam ci. Jestem Tina- wyciągnęła ku niemu rękę. Spojrzał na wyciągniętą ku niemu dłoń, po czym uniósł z powrotem wzrok. Cofnęła ją zmieszana. –No... w każdym razie dziękuję za pomoc.
-Mam na imię George- rzekł cicho, niemal niedosłyszalnie. Uśmiechnęła się nieznacznie.
-Ile masz lat?- przyglądała mu się bacznie. Z pewnością musiała zwrócić uwagę na jego cerę- nienaturalnie bladą, zniszczoną przez chorobę. Zacisnął zęby.
-Dwadzieścia sześć- odpowiedział cicho.
-Ja mam dziewiętnaście.
Brak reakcji. Wciąż stał i patrzył się na nią z tym samym wyrazem obojętności na twarzy. Stali i nic nie mówili chwilkę. W końcu George odwrócił się i zaczął iść w kierunku domu. Odszedł na kilka kroków gdy usłyszał za sobą jej głos:
-Nie mam dokąd pójść...
Zatrzymał się. Odetchnął głęboko. Kroki. Pojawiła się przed nim z obliczem niepewności na twarzy.
-Mogłabym u ciebie się przespać? Nie mam dokąd pójść! Musiałabym spać na ulicy, albo na dworcu, a jak mnie Steve znajdzie, to zabije! Proszę.
George patrzył na nią z przerażeniem, które starał się maskować. I chyba mu się udawało, bo dziewczyna spuściła wzrok i zbierała się do odejścia. Oddychał teraz coraz płyciej. Coś się z nim działo, coś nieznanego i strasznego. Był wściekły na tę dziewczynę, która bezpardonowo wpychała mu się w życie. Trzeba było zabić tamtych pajaców. Przestraszyłaby się i dała mu spokój. A teraz... Nie! Nie ma mowy! Nie wpuści jej do domu, choćby nie wiem co.
-Nie możesz u mnie przenocować.
-Wytłumaczysz to swojej żonie.
George zakrztusił się. CO?! O czym ona mówiła? Dobrze słyszał, czy choroba ogarnęła już i zmysł słuchu?
-Po prostu nie możesz i już.
Szedł do domu i czuł jej obecność za sobą. Co jakiś czas przystawał i gdy odwracał się, wciąż była za nim, z tym samym, niewinnym wyrazem twarzy. Niewinnym i błagalnym zarazem.
Próbował trafić kluczem do dziurki od klucza, ale było zbyt ciemno. Ktoś znowu powykręcał żarówki na klatce, które on kupował. Kupował, żeby się nie potknąć i nie upaść. Teraz zaś musiał stąpać powoli i każdy krok dokładnie wymierzyć. Nagle w ciemności rozjarzyło się słabe światło. Dziewczyna podeszła z zapaloną zapalniczką i oświetliła mu dziurkę od klucza. Spojrzał na nią, a ona się uśmiechnęła niepewnie. Otworzył zamek, nacisnął klamkę i pchnął drzwi. Stali oboje przed nimi, a on spojrzał na nią ponuro. Popatrzyła na niego pytająco i lekko się uśmiechnęła. Jego twarz pozostała niewzruszona, lecz jej zdawało się, że kąciki jego ust lekko drgnęły. Uśmiechnęła się szerzej i szepnęła „dziękuję”. Uśmiechnął się nieznacznie. Bardzo nieznacznie. Przestąpiła próg i zapytał cichutko:
-Mieszkasz sam?- skinięcie głową.
Dziewczyna weszła do mieszkania i znikła w ciemności. George westchnął i wszedł do środka zamykając za sobą drzwi. Światło na korytarzu zapaliło się i ujrzał ją zdejmującą buty. Spojrzała na niego i znowu się uśmiechnęła.
-Strasznie tu duszno, otworzę okno!- nie zdążył zaprotestować, ona już była w pokoju i otwierała po kolei okna. Ciepłe, letnie powietrze wpłynęło do pokoju. George westchnął ponownie, ale nie miał już sił nic robić. Choroba dawała się we znaki. Spojrzał na zegarek. Wskazywał 23.50. Za dużo przeżyć na jeden dzień, zdecydowanie za dużo.
-To gdzie mogę spać?- zapytała Tina wchodząc do przedpokoju.
Wskazał na niewielki pokój, w którym stała kanapa. Dziewczyna skrzywiła się nieznacznie.
-Co mam zrobić na kolację? Robię świetne tosty.
-Ja nie jem. Idę spać. Tam jest łazienka. Czuj się jak u siebie, ale nie za bardzo. Dobranoc.
Popatrzyła na niego nieco zawiedziona. George odwrócił się i wszedł do łazienki. Po paru chwilach wyszedł skrzywiony i zamknął się w swoim pokoju. Łóżka nigdy nie ścielił, toteż mógł niemal od razu się położyć. Zaczął zdejmować spodnie, po czym się zawahał i spojrzał na zamknięte drzwi do pokoju. Położył się w końcu na plecach i począł wpatrywać się w sufit. Słyszał ciche odgłosy z kuchni. Tina robiła kolację, jadła ją. Teraz weszła do łazienki, odkręciła prysznic. Usłyszał cichutki, ledwo słyszalny śpiew. Znowu poczuł to dziwne uczucie, coś jakby rozrzewnienie.
Tina zakręciła prysznic i po chwili wyszła z łazienki. Nasłuchiwał intensywnie, lecz ona najwyraźniej się nie poruszała. Jego oczy przyzwyczaiły się do ciemności, bez trudu dojrzał jak klamka do pokoju powoli się opuszczała. Dziewczyna weszła do pokoju.
-Śpisz...?- szepnęła. Nic nie odpowiedział, ale one wiedziała, że nie. –Pomyślałam, że jakoś ci się odwdzięczę, a jako że nie mam pieniędzy... – to powiedziawszy zsunęła z siebie koszulę i ujrzał ją nagą. Zbliżyła się do jego łóżka, a on poczuł zapach jej ciała i natychmiast zrobiło mu się gorąco. Poczuł jak dziewczyna kładzie nogę na łóżku, które lekko skrzypnęło. Twarz jego omiotły jej ciemne włosy, a na klatce poczuł dotyk miękkich, aksamitnych piersi, a potem rękę wędrującą po jego brzuchu w dół. Szukała i gdy znalazła... George poderwał się nagle jak oparzony.
-Przestań! Ubierz się. Nie po to pozwoliłem ci tu przenocować- cofnęła się i przysiadła na skraju łóżka. Widział teraz jej pełne, kształtne piersi i przez moment pożałował tego, co powiedział.
-A ja nie po to tu przyszłam, pomyślałam tylko...
-Idź spać. To był męczący dzień. Idź spać.
Wstała, odwróciła się i wyszła z pokoju. Patrzył na nią i coraz bardziej żałował tych słów. Gdy zamknęła drzwi, utkwił wzrok w suficie i próbował opanować oddech.
Nie udawało mu się.
Półmrok
Z magnetofonu leciały smutne słowa piosenki, a on umierał. Powoli, niespiesznie, ale zawsze. Czuł to całym swoim ciałem. Kto wie, może nawet zaczął się już powoli rozkładać? Czasem zdawało mu się, jak jego członki rozpływają się niczym ciepły krem. Wstał z łóżka i przeszedł przez pokój do łazienki. Stanął przed lustrem i wbił w nie swoje ponure spojrzenie. Nigdy się nie uśmiechał patrząc w lustro i tym razem nie zrobił wyjątku. Uniósł niepewnie prawą rękę i z odrazą przyłożył ją do twarzy. Na pierwszy rzut oka nie widać było oznak choroby, lecz on czuł, jak pod cienką powłoką skóry gnieździły się bakterie, które zżerały go od wewnątrz. Czasem czuł mrowienie i wiedział, że to one drążą. Złapał się za policzek. Był miękki, zbyt miękki. Trochę jak zgniły, spleśniały chleb. Gdyby pociągnął mocniej, z pewnością wyrwałby kawał skóry.
Opuścił wzrok i spojrzenie jego padło na kubek, w którym stała szczoteczka i pasta do zębów. Racja, to po to tu przyszedł. Sięgnął po nie i ostrożnie nałożył pastę na szczotkę. Nie za dużo, lepiej żeby się nie zmarnowała. Ostrożnie wkłada ją do ust i powoli nią porusza. Musi uważać, gdyby dotknął dziąsła z pewnością zaczęłoby krwawić. Oczami wyobraźni widział jednak kawał mięsa na szczoteczce wyciąganej z ust po zbyt gwałtownym myciu. Ta myśl go przerażała. Czuł obrzydzenie do własnego ciała, nie chciał go oglądać, a szczególnie w kawałkach. Z pewnością ujrzałby, jak z mięsa wychodzą białe robaki, ryjące w jego ciele. Na tę myśl żołądek podskoczył mu do gardła. Zakrztusił się, szczotka wypadła z ust do umywalki. Niewiele brakowało, a pokryłaby się wymiocinami. Udało mu się jednak powstrzymać.
Obmył szybko twarz nie patrząc w lustro i wyszedł z łazienki. Wszedł z powrotem do sypialni. Mimo iż było południe, w pokoju panował półmrok.
Dzwonek. Krótki, powtórzył się dwa razy. Szybki rzut oka w kierunku przedpokoju. Najprawdopodobniej listonosz. Nie można być pewnym. Ostrożnie ruszył do drzwi stąpając bezszelestnie. Przysunął oko do wizjera, nie dotykając go jednak. Przed drzwiami stał listonosz.
Cichy zgrzyt odsuwanej zasuwy i skrzypnięcie otwieranych drzwi. Chłód klatki schodowej omiótł go i wpłynął do mieszkania. Zaklął w myślach i utkwił ponury wzrok w listonoszu. Ten nie zwróciwszy na niego uwagi zaczął grzebać w swojej torbie i rzekł:
-O, dzień dobry! Już myślałem, że nikogo nie ma... Pan George Burton?- skinienie głową. –Dobrze, to dobrze... Proszę tu podpisać- wręczył mu długopis, ale on już miał swój w ręku i składał podpis w wyznaczonym miejscu. –To dla pana- listonosz wręczył cienką kopertę Georgowi Burtonowi, po czym zdjął czapkę i pożegnał się. George Burton zamknął za nim drzwi bez słowa.
Było już ciemno, gdy zdecydował się wyjrzeć na dwór. Odsłonił rąbek zasłony i omiótł wzrokiem podwórko. Znowu ukazał mu się ten sam widok, który każdorazowo napełniał go wstrętem i obrzydzeniem. Pijacy na ławkach, bandy bachorów nie mających co ze sobą zrobić. Przeklął ich w myślach i zasłonił okno.
Usiadł na kanapie i odetchnął parę razy głęboko. Za chwilę będzie musiał wyjść na dwór i nastrajał się do tego. W końcu się uspokoił i założył buty. Zamknął za sobą pospiesznie drzwi, by jak najmniej smrodu klatki naleciało do mieszkania. Zszedł powoli po schodach uważając, żeby się nie potknąć. Groziłoby to poważnym złamaniem, najprawdopodobniej śmiercią lub kalectwem. Co prawda jego stan i tak zdawał się być przedagonalnym, ale mimo to miał coś jeszcze do zrobienia.
Po wyjściu z klatki uderzyła go fala miejskiego powietrza. Brudnego, zanieczyszczonego, stanowiącego pożywkę dal bakterii pożerających jego ciało. Opiął się mocniej płaszczem i ruszył w miasto.
Szedł wzdłuż ruchliwej ulicy, na chodniku było jednak stosunkowo mało ludzi. Młody chłopak śledził go. Miał może osiemnaście lat i szedł za nim przez pewien czas. George skręcił w pierwszą uliczkę i przyspieszył. Chłopak skręcił za nim i próbował skrócić dystans. Skręcił ponownie w lewo i wiedział już, że popełnił błąd. Stało w niej czterech chłopaczków żujących gumy i jedna dziewczyna. Na jego widok uśmiechnęli się złowieszczo i ruszyli w jego stronę. Nie mógł jednak uciec, bo drogę odwrotu odciął śledzący go chłopak i jeszcze jeden, który do niego dołączył. Nie miał zresztą zamiaru uciekać. Uciekając zwiększyłaby się szansa upadku, a to było groźne. Co prawda i ci tutaj nie wyglądali zachęcająco, ale...
-Ej, ty!- krzyknął jeden z typków i zbliżył się na odległość półtora metra. –Dawaj wszystko co masz, ale już! I zdejmuj płaszcz!
George Burton nie poruszył się, próbował jedynie uspokoić oddech.
-Słyszałeś, co do ciebie mówię?
-Jebnij mu, to ci da co chcesz!- rzucił jeden z grupki.
-Zostaw go, Steve!- szepnęła dziewczyna zbliżając się nieco.
-Zamknij się, bo i ty dostaniesz suko!- rzucił tamten i odwrócił się do George’a. –Liczę do trzech, a potem wsadzę ci to w brzuch- w rękach typka błysnął piętnastocentymetrowy nóż. Dziewczyna jęknęła cicho.
-Steve, odłóż to! Błagam Cię, słyszysz? A ty co tak stoisz?!- zwróciła się do George’a. –Uciekaj!
Rozległ się cichy trzask i dziewczyna osunęła się na kolana. Po jej policzku spływała strużka krwi.
-Ostrzegałem cię! Jak jeszcze raz piśniesz słówko, to cię zabiję, więc się zamknij! Potem cię jeszcze nauczę manier, ale się zamknij SŁYSZYSZ?- ryknął napastnik. Podarował jej jeszcze kopniaka w bok, aż ta upadła na ziemię i jęknęła cicho. –A co do ciebie... Masz trzy sekundy. Raz... dwa... trzy... A mogłeś dupku żyć. A tak żegnaj się...
Urwał nagle, a jego źrenice gwałtownie się zwęziły. Poczuł nagle potworny, rozdzierający ból w jądrach i z cichym kwikiem osunął się na ziemię. Nóż wypadł mu z ręki. Łzy napłynęły mu do oczu. Gdyby patrzył nad siebie, wciąż widziałby wycelowany weń pistolet. George podszedł do Steve’a i zawahał się przez chwilę. Ostatecznie jednak uniósł pistolet i wycelował w pozostałą grupkę, stojącą przed nim. Ci stali i wpatrywali się w niego z przerażeniem. George wyszukał wzrokiem osobnika, który zachęcał Steve’a do uderzenia go. Znalazł, wycelował, nie spudłował. Reszta nie czekała na swoją kolej i uciekła w popłochu. Został sam z dwoma kastratami i leżącą na bruku dziewczyną. Stanął nad nią. Ta uniosła wzrok i spojrzała na niego ze strachem. Patrzył na nią z jakimś nieznanym dotąd uczuciem. Chyba rozrzewnieniem... Przypomniał sobie czasy gdy chodził do szkoły. Inne dzieci, zabawy. George otrząsnął się i ruszył przed siebie. Spojrzał na zegarek. Był już spóźniony. Nie było sensu iść dalej. Wróci do domu i napisze list. Tak, to dobry pomysł...
Usłyszał szybkie kroki za sobą. Odwrócił się i ujrzał biegnącą za nim dziewczynę.
-Hej! Czekaj!- doszła do niego. W świetle latarni ujrzał rozcięcie, strużkę krwi z niej wypływającej i wijącej się po gładkim policzku. –Nie podziękowałam ci. Jestem Tina- wyciągnęła ku niemu rękę. Spojrzał na wyciągniętą ku niemu dłoń, po czym uniósł z powrotem wzrok. Cofnęła ją zmieszana. –No... w każdym razie dziękuję za pomoc.
-Mam na imię George- rzekł cicho, niemal niedosłyszalnie. Uśmiechnęła się nieznacznie.
-Ile masz lat?- przyglądała mu się bacznie. Z pewnością musiała zwrócić uwagę na jego cerę- nienaturalnie bladą, zniszczoną przez chorobę. Zacisnął zęby.
-Dwadzieścia sześć- odpowiedział cicho.
-Ja mam dziewiętnaście.
Brak reakcji. Wciąż stał i patrzył się na nią z tym samym wyrazem obojętności na twarzy. Stali i nic nie mówili chwilkę. W końcu George odwrócił się i zaczął iść w kierunku domu. Odszedł na kilka kroków gdy usłyszał za sobą jej głos:
-Nie mam dokąd pójść...
Zatrzymał się. Odetchnął głęboko. Kroki. Pojawiła się przed nim z obliczem niepewności na twarzy.
-Mogłabym u ciebie się przespać? Nie mam dokąd pójść! Musiałabym spać na ulicy, albo na dworcu, a jak mnie Steve znajdzie, to zabije! Proszę.
George patrzył na nią z przerażeniem, które starał się maskować. I chyba mu się udawało, bo dziewczyna spuściła wzrok i zbierała się do odejścia. Oddychał teraz coraz płyciej. Coś się z nim działo, coś nieznanego i strasznego. Był wściekły na tę dziewczynę, która bezpardonowo wpychała mu się w życie. Trzeba było zabić tamtych pajaców. Przestraszyłaby się i dała mu spokój. A teraz... Nie! Nie ma mowy! Nie wpuści jej do domu, choćby nie wiem co.
-Nie możesz u mnie przenocować.
-Wytłumaczysz to swojej żonie.
George zakrztusił się. CO?! O czym ona mówiła? Dobrze słyszał, czy choroba ogarnęła już i zmysł słuchu?
-Po prostu nie możesz i już.
Szedł do domu i czuł jej obecność za sobą. Co jakiś czas przystawał i gdy odwracał się, wciąż była za nim, z tym samym, niewinnym wyrazem twarzy. Niewinnym i błagalnym zarazem.
Próbował trafić kluczem do dziurki od klucza, ale było zbyt ciemno. Ktoś znowu powykręcał żarówki na klatce, które on kupował. Kupował, żeby się nie potknąć i nie upaść. Teraz zaś musiał stąpać powoli i każdy krok dokładnie wymierzyć. Nagle w ciemności rozjarzyło się słabe światło. Dziewczyna podeszła z zapaloną zapalniczką i oświetliła mu dziurkę od klucza. Spojrzał na nią, a ona się uśmiechnęła niepewnie. Otworzył zamek, nacisnął klamkę i pchnął drzwi. Stali oboje przed nimi, a on spojrzał na nią ponuro. Popatrzyła na niego pytająco i lekko się uśmiechnęła. Jego twarz pozostała niewzruszona, lecz jej zdawało się, że kąciki jego ust lekko drgnęły. Uśmiechnęła się szerzej i szepnęła „dziękuję”. Uśmiechnął się nieznacznie. Bardzo nieznacznie. Przestąpiła próg i zapytał cichutko:
-Mieszkasz sam?- skinięcie głową.
Dziewczyna weszła do mieszkania i znikła w ciemności. George westchnął i wszedł do środka zamykając za sobą drzwi. Światło na korytarzu zapaliło się i ujrzał ją zdejmującą buty. Spojrzała na niego i znowu się uśmiechnęła.
-Strasznie tu duszno, otworzę okno!- nie zdążył zaprotestować, ona już była w pokoju i otwierała po kolei okna. Ciepłe, letnie powietrze wpłynęło do pokoju. George westchnął ponownie, ale nie miał już sił nic robić. Choroba dawała się we znaki. Spojrzał na zegarek. Wskazywał 23.50. Za dużo przeżyć na jeden dzień, zdecydowanie za dużo.
-To gdzie mogę spać?- zapytała Tina wchodząc do przedpokoju.
Wskazał na niewielki pokój, w którym stała kanapa. Dziewczyna skrzywiła się nieznacznie.
-Co mam zrobić na kolację? Robię świetne tosty.
-Ja nie jem. Idę spać. Tam jest łazienka. Czuj się jak u siebie, ale nie za bardzo. Dobranoc.
Popatrzyła na niego nieco zawiedziona. George odwrócił się i wszedł do łazienki. Po paru chwilach wyszedł skrzywiony i zamknął się w swoim pokoju. Łóżka nigdy nie ścielił, toteż mógł niemal od razu się położyć. Zaczął zdejmować spodnie, po czym się zawahał i spojrzał na zamknięte drzwi do pokoju. Położył się w końcu na plecach i począł wpatrywać się w sufit. Słyszał ciche odgłosy z kuchni. Tina robiła kolację, jadła ją. Teraz weszła do łazienki, odkręciła prysznic. Usłyszał cichutki, ledwo słyszalny śpiew. Znowu poczuł to dziwne uczucie, coś jakby rozrzewnienie.
Tina zakręciła prysznic i po chwili wyszła z łazienki. Nasłuchiwał intensywnie, lecz ona najwyraźniej się nie poruszała. Jego oczy przyzwyczaiły się do ciemności, bez trudu dojrzał jak klamka do pokoju powoli się opuszczała. Dziewczyna weszła do pokoju.
-Śpisz...?- szepnęła. Nic nie odpowiedział, ale one wiedziała, że nie. –Pomyślałam, że jakoś ci się odwdzięczę, a jako że nie mam pieniędzy... – to powiedziawszy zsunęła z siebie koszulę i ujrzał ją nagą. Zbliżyła się do jego łóżka, a on poczuł zapach jej ciała i natychmiast zrobiło mu się gorąco. Poczuł jak dziewczyna kładzie nogę na łóżku, które lekko skrzypnęło. Twarz jego omiotły jej ciemne włosy, a na klatce poczuł dotyk miękkich, aksamitnych piersi, a potem rękę wędrującą po jego brzuchu w dół. Szukała i gdy znalazła... George poderwał się nagle jak oparzony.
-Przestań! Ubierz się. Nie po to pozwoliłem ci tu przenocować- cofnęła się i przysiadła na skraju łóżka. Widział teraz jej pełne, kształtne piersi i przez moment pożałował tego, co powiedział.
-A ja nie po to tu przyszłam, pomyślałam tylko...
-Idź spać. To był męczący dzień. Idź spać.
Wstała, odwróciła się i wyszła z pokoju. Patrzył na nią i coraz bardziej żałował tych słów. Gdy zamknęła drzwi, utkwił wzrok w suficie i próbował opanować oddech.
Nie udawało mu się.
03 marca 2008
Moja droga droga
Po lekturze „W drodze” Jacka Kerouaca
Moja mała wprawka literacka. Próba pewnego naśladowania. Praca afabularna, część pierwsza, a nuż – nieostatnia?
Teraz jest bardzo ważne, ażeby nic nam nie umknęło, jasne? Musimy być obaj bardzo ale to kurewsko bardzo uważni, bo wszędzie może się czaić to, co być może będzie tu najistotniejsze. I dlatego musisz zrozumieć, dlaczego zaczynamy właśnie od początku, choć to może się okazać mało ważne. Ale jak się obaj nauczyliśmy, bądź to dopiero dane nam będzie się tego dowiedzieć, nie ma rzeczy nieważnych. Więc zacznę i tak jak mówiłem - będziemy obaj bardzo uważni.
Więc zaczęło się wszystko od tego całego zachodu, jak boga kocham, wszystko musiało się zacząć od lipcowego, czerwonego i parnego zachodu słońca i to zupełnie nie jest ważne gdzie. Grunt, że był zachód, było parno, aż całe ubranie lepiło mi się do ciała, a pot lał się z mojego czoła strumieniami. To lekka przesada, ale musisz zrozumieć, dlaczego właśnie tak piszę, bo to bardzo ważne, żebyś to sobie odpowiednio wyobraził. Było naprawdę gorąco, a ja wracałem potwornie zmęczony z pracy. Nie miałem czasu nawet myśleć o tym, jak ten zachód pięknie wyglądał (zdam sobie z tego sprawę... jakieś piętnaście minut po przyjściu do domu, ale to zaraz, nie wyprzedzajmy faktów!). Więc do zachodu jeszcze wrócimy. Póki co było gorąco, duszno, powietrze stało, a jak zawiało to żarem i jeszcze więcej potu spływało mi po twarzy.
Wpadłem do przyczepy w której mieszkałem, takiej małej, dość obskórnej z zewnątrz, ale w środku było całkiem zajebiście i każdy z moich kumpli, którzy często u mnie bywali i spali i mieszkali Wam to powie. A nie miałem sporo kasy, bo stypendium ledwie starczało na bieżące sprawy, ale gdzieś tak w kwietniu załapałem naprawdę niezłą robotę i planowałem wystrzałowe wakacje, choć nie wiedziałem jak je spędzę, poza tym, że wyjadę i będę jechał, aż nie upiję się tym, co widziałem, lub czas i kasa nie zmuszą mnie do powrotu. Przynajmniej tak to sobie kalkulowałem, przynajmniej miesiąc naprawdę dobrej zabawy, gdziekolwiek, byle dalej.
No i byłem w tej przyczepie, sterany robotą, bo choć była dobra, to jednak męcząca, zwłaszcza w taką pogodę. Nawet nie zwróciłem uwagi na pocztę, od razu poleciałem do lodówki i wyciągnąłem zimne piwo, dopiero jak się odwróciłem, to zobaczyłem że na ziemi, pod drzwiami, leżą dwa listy, więc je wziąłem do ręki. Pierwszy to jak zwykle był rachunek czy coś takiego; wystarczyło zobaczyć, że na wierzchu mój adres był zadrukowany i człowiek od razu wiedział, że to gówno, nie do ciebie, tylko do twojej kieszeni, do twojego biednego, pustego portfela. Rzuciłem więc kopertę na stolik, a z drugą, na której było napisane ręcznie moje nazwisko wziąłem ze sobą na taras i z piwem w ręku, leżąc na hamaku otworzyłem list.
I jak rany, nie wiem jak to się stało, zapomniałem że jestem zmęczony, zapomniałem, że jest gorąco, że mam mokry podkoszulek. Pod listem był podpis mojego dobrego przyjaciela, Vica. Vic studiował z nami niecały pierwszy rok, potem gdzieś go wywiało i tyle wszyscy o nim słyszeliśmy. A teraz wreszcie napisał do mnie, aż się zerwałem z hamaka z podniecenia, zakrzyknąłem „Vic! Kurna, Vic!” do siebie, choć pewnie ludzie co mogli być obok to usłyszeli. I co ten stary drań pisał, to że przeprasza, że się nie odzywał, ale naprawdę nie miał na to czasu ani – jak szczerze przyznawał – ochoty, dopóki sobie nie ustabilizował w miarę życia. No ale mu się udało. Pisał, że już nie mógł wytrzymać tej całej atmosfery na studiach, że nie mógł patrzeć jak wszyscy siedzą, robią co robią, kiedy obok słońce, drzewa (Vic zniknął na wiosnę zeszłego roku, tak właśnie było) i pewnego razu jak wracał z uczelni do domu, to szlag go trafił, wsiadł do samochodu i po prostu pojechał przed siebie. Dalej pisał co robił przez ten rok, a pisał długo i ze szczegółami: o tym, jak najpierw robił na stacji benzynowej, żeby spłacić zatankowaną benzynę, o szalonych wyścigach na szosie, o poznanej dziewczynie na wsi, której ojciec pozwolił się Vicowi przespać w stodole, a gdzie siedział potem przez miesiąc pracując na polu i latając za dziewczyną nad rzekę, po lesie, opowiadając jej o swoim życiu i słuchając o jej dzieciństwie, życiu na wsi; generalnie – sielanka, chociaż nie miał prawie grosza przy duszy i za to, co mu dawał gospodarz ledwo starczało na żarcie i że gdyby dziewczyna mu nie donosiła jedzenia z domu ukradkiem, to by pewnie musiał sprzedać wóz i teraz by do mnie nie pisał. W końcu musiał zostawić tych ludzi, choć było mu ciężko, bo ci ludzie się do niego przywiązali i on do nich też i chyba po cichu liczyli, że ten chłopak z samochodem z miasta w końcu oświadczy się ich córce. Ale w końcu wyjechał obiecawszy, że jeszcze ich kiedyś odwiedzi, choć do tej pory nie miał okazji.
Dalej pisał o swojej kolejnej robocie, przy której nie wytrzymywał fizycznie, bo to była robota dla fizoli, pracował pośród mięsniaków, nosił skrzynie, aż kark nie wytrzymał pewnego dnia; obudził się i nie mógł wstać, tak go bolał kręgosłup. Leżał tak cały dzień i następną noc, nic nie jadł, bo nie mógł się ruszyć, nie mógł też spać. W końcu udało mu się ruszyć i obolały uciekł stamtąd, choć nie odebrał nawet forsy za to, co robił do tej pory. W zimie wynajął sobie pokój w mieszkaniu razem z dwoma studentami, zaczął pracować bardziej na stałe, kasy mu przybyło tak, że znowu na wiosnę mógł spokojnie wyruszyć w drogę i teraz siedział na zachodnim wybrzeżu. Miał tam siedzieć do końca lipca, zanim zdecyduje co będzie robił dalej i do tego czasu mnie zaprasza, a potem może razem coś wymyślimy, a poza tym ma tam być jeszcze kawał jego i moich znajomych, którzy też się zaczęli szwędać po świecie.
Śmiałem się czytając ten list i poczułem jak jakaś nieziemska energia, zaklęta w tych prostych słowach uwolniła się, wlewając się we mnie, opanowując całe ciało. Ułożyłem się w hamaku i wbiłem wzrok w zachód, gdzie chowało się jeszcze czerwieńsze słońce. Delikatny wiatr, który wcześniej tak bardzo dokuczał, był teraz zwiastunem zmiany, szeptał cichutko, choć natarczywie, wzywając do drogi, do podróży, do śmiejącego się Vica, siedzącego teraz pewnie na leżaku na jakiejś plaży, z kobietą u boku, opowiadającego jej o mnie i wskazując na wschód, że gdzieś tam jestem, czytam jego list i już niedługo będę razem z nimi...!
Moja mała wprawka literacka. Próba pewnego naśladowania. Praca afabularna, część pierwsza, a nuż – nieostatnia?
Teraz jest bardzo ważne, ażeby nic nam nie umknęło, jasne? Musimy być obaj bardzo ale to kurewsko bardzo uważni, bo wszędzie może się czaić to, co być może będzie tu najistotniejsze. I dlatego musisz zrozumieć, dlaczego zaczynamy właśnie od początku, choć to może się okazać mało ważne. Ale jak się obaj nauczyliśmy, bądź to dopiero dane nam będzie się tego dowiedzieć, nie ma rzeczy nieważnych. Więc zacznę i tak jak mówiłem - będziemy obaj bardzo uważni.
Więc zaczęło się wszystko od tego całego zachodu, jak boga kocham, wszystko musiało się zacząć od lipcowego, czerwonego i parnego zachodu słońca i to zupełnie nie jest ważne gdzie. Grunt, że był zachód, było parno, aż całe ubranie lepiło mi się do ciała, a pot lał się z mojego czoła strumieniami. To lekka przesada, ale musisz zrozumieć, dlaczego właśnie tak piszę, bo to bardzo ważne, żebyś to sobie odpowiednio wyobraził. Było naprawdę gorąco, a ja wracałem potwornie zmęczony z pracy. Nie miałem czasu nawet myśleć o tym, jak ten zachód pięknie wyglądał (zdam sobie z tego sprawę... jakieś piętnaście minut po przyjściu do domu, ale to zaraz, nie wyprzedzajmy faktów!). Więc do zachodu jeszcze wrócimy. Póki co było gorąco, duszno, powietrze stało, a jak zawiało to żarem i jeszcze więcej potu spływało mi po twarzy.
Wpadłem do przyczepy w której mieszkałem, takiej małej, dość obskórnej z zewnątrz, ale w środku było całkiem zajebiście i każdy z moich kumpli, którzy często u mnie bywali i spali i mieszkali Wam to powie. A nie miałem sporo kasy, bo stypendium ledwie starczało na bieżące sprawy, ale gdzieś tak w kwietniu załapałem naprawdę niezłą robotę i planowałem wystrzałowe wakacje, choć nie wiedziałem jak je spędzę, poza tym, że wyjadę i będę jechał, aż nie upiję się tym, co widziałem, lub czas i kasa nie zmuszą mnie do powrotu. Przynajmniej tak to sobie kalkulowałem, przynajmniej miesiąc naprawdę dobrej zabawy, gdziekolwiek, byle dalej.
No i byłem w tej przyczepie, sterany robotą, bo choć była dobra, to jednak męcząca, zwłaszcza w taką pogodę. Nawet nie zwróciłem uwagi na pocztę, od razu poleciałem do lodówki i wyciągnąłem zimne piwo, dopiero jak się odwróciłem, to zobaczyłem że na ziemi, pod drzwiami, leżą dwa listy, więc je wziąłem do ręki. Pierwszy to jak zwykle był rachunek czy coś takiego; wystarczyło zobaczyć, że na wierzchu mój adres był zadrukowany i człowiek od razu wiedział, że to gówno, nie do ciebie, tylko do twojej kieszeni, do twojego biednego, pustego portfela. Rzuciłem więc kopertę na stolik, a z drugą, na której było napisane ręcznie moje nazwisko wziąłem ze sobą na taras i z piwem w ręku, leżąc na hamaku otworzyłem list.
I jak rany, nie wiem jak to się stało, zapomniałem że jestem zmęczony, zapomniałem, że jest gorąco, że mam mokry podkoszulek. Pod listem był podpis mojego dobrego przyjaciela, Vica. Vic studiował z nami niecały pierwszy rok, potem gdzieś go wywiało i tyle wszyscy o nim słyszeliśmy. A teraz wreszcie napisał do mnie, aż się zerwałem z hamaka z podniecenia, zakrzyknąłem „Vic! Kurna, Vic!” do siebie, choć pewnie ludzie co mogli być obok to usłyszeli. I co ten stary drań pisał, to że przeprasza, że się nie odzywał, ale naprawdę nie miał na to czasu ani – jak szczerze przyznawał – ochoty, dopóki sobie nie ustabilizował w miarę życia. No ale mu się udało. Pisał, że już nie mógł wytrzymać tej całej atmosfery na studiach, że nie mógł patrzeć jak wszyscy siedzą, robią co robią, kiedy obok słońce, drzewa (Vic zniknął na wiosnę zeszłego roku, tak właśnie było) i pewnego razu jak wracał z uczelni do domu, to szlag go trafił, wsiadł do samochodu i po prostu pojechał przed siebie. Dalej pisał co robił przez ten rok, a pisał długo i ze szczegółami: o tym, jak najpierw robił na stacji benzynowej, żeby spłacić zatankowaną benzynę, o szalonych wyścigach na szosie, o poznanej dziewczynie na wsi, której ojciec pozwolił się Vicowi przespać w stodole, a gdzie siedział potem przez miesiąc pracując na polu i latając za dziewczyną nad rzekę, po lesie, opowiadając jej o swoim życiu i słuchając o jej dzieciństwie, życiu na wsi; generalnie – sielanka, chociaż nie miał prawie grosza przy duszy i za to, co mu dawał gospodarz ledwo starczało na żarcie i że gdyby dziewczyna mu nie donosiła jedzenia z domu ukradkiem, to by pewnie musiał sprzedać wóz i teraz by do mnie nie pisał. W końcu musiał zostawić tych ludzi, choć było mu ciężko, bo ci ludzie się do niego przywiązali i on do nich też i chyba po cichu liczyli, że ten chłopak z samochodem z miasta w końcu oświadczy się ich córce. Ale w końcu wyjechał obiecawszy, że jeszcze ich kiedyś odwiedzi, choć do tej pory nie miał okazji.
Dalej pisał o swojej kolejnej robocie, przy której nie wytrzymywał fizycznie, bo to była robota dla fizoli, pracował pośród mięsniaków, nosił skrzynie, aż kark nie wytrzymał pewnego dnia; obudził się i nie mógł wstać, tak go bolał kręgosłup. Leżał tak cały dzień i następną noc, nic nie jadł, bo nie mógł się ruszyć, nie mógł też spać. W końcu udało mu się ruszyć i obolały uciekł stamtąd, choć nie odebrał nawet forsy za to, co robił do tej pory. W zimie wynajął sobie pokój w mieszkaniu razem z dwoma studentami, zaczął pracować bardziej na stałe, kasy mu przybyło tak, że znowu na wiosnę mógł spokojnie wyruszyć w drogę i teraz siedział na zachodnim wybrzeżu. Miał tam siedzieć do końca lipca, zanim zdecyduje co będzie robił dalej i do tego czasu mnie zaprasza, a potem może razem coś wymyślimy, a poza tym ma tam być jeszcze kawał jego i moich znajomych, którzy też się zaczęli szwędać po świecie.
Śmiałem się czytając ten list i poczułem jak jakaś nieziemska energia, zaklęta w tych prostych słowach uwolniła się, wlewając się we mnie, opanowując całe ciało. Ułożyłem się w hamaku i wbiłem wzrok w zachód, gdzie chowało się jeszcze czerwieńsze słońce. Delikatny wiatr, który wcześniej tak bardzo dokuczał, był teraz zwiastunem zmiany, szeptał cichutko, choć natarczywie, wzywając do drogi, do podróży, do śmiejącego się Vica, siedzącego teraz pewnie na leżaku na jakiejś plaży, z kobietą u boku, opowiadającego jej o mnie i wskazując na wschód, że gdzieś tam jestem, czytam jego list i już niedługo będę razem z nimi...!
09 lutego 2008
Rzecz o
Rozmawiałem i się dowiedziałem. Co spowodowało moją refleksję. Pomyślałem, trochę się zniesmaczyłem, może zasmuciłem raczej. Ludzka natura jest nieco... anachroniczna. Zabawne.
Bardziej po kolei? No też tak myślę. Więc rozmawiałem z koleżanką X o koledze Y. I koleżanka X odpowiedziała mi na pytanie, dlaczego nie przepada za kolegą Y, odparła, że skoro on Y nie lubi jej, to ona lubić jego też nie musi. W szerokim skrócie. Najpierw się zmartwiłem samym faktem nielubienia kogoś, ale... no czyż samo w sobie to, że się kogoś nie lubi, z powodu podobnych uczuć tej drugiej osoby, jest nieco śmieszne? No może nie, w zasadzie to nie. To znaczy na pewno jest to sytuacja rodząca masę nieporozumień, ale generalnie jest to akceptowalne. No właśnie.
Bejołejo, pa
Bardziej po kolei? No też tak myślę. Więc rozmawiałem z koleżanką X o koledze Y. I koleżanka X odpowiedziała mi na pytanie, dlaczego nie przepada za kolegą Y, odparła, że skoro on Y nie lubi jej, to ona lubić jego też nie musi. W szerokim skrócie. Najpierw się zmartwiłem samym faktem nielubienia kogoś, ale... no czyż samo w sobie to, że się kogoś nie lubi, z powodu podobnych uczuć tej drugiej osoby, jest nieco śmieszne? No może nie, w zasadzie to nie. To znaczy na pewno jest to sytuacja rodząca masę nieporozumień, ale generalnie jest to akceptowalne. No właśnie.
Bejołejo, pa
Subskrybuj:
Posty (Atom)
