od pewnego punktu w czasie: moja wesoła twórczość, dema, wprawki i tym podobne; enjoy

03 marca 2008

Moja droga droga

Po lekturze „W drodze” Jacka Kerouaca

Moja mała wprawka literacka. Próba pewnego naśladowania. Praca afabularna, część pierwsza, a nuż – nieostatnia?

Teraz jest bardzo ważne, ażeby nic nam nie umknęło, jasne? Musimy być obaj bardzo ale to kurewsko bardzo uważni, bo wszędzie może się czaić to, co być może będzie tu najistotniejsze. I dlatego musisz zrozumieć, dlaczego zaczynamy właśnie od początku, choć to może się okazać mało ważne. Ale jak się obaj nauczyliśmy, bądź to dopiero dane nam będzie się tego dowiedzieć, nie ma rzeczy nieważnych. Więc zacznę i tak jak mówiłem - będziemy obaj bardzo uważni.
Więc zaczęło się wszystko od tego całego zachodu, jak boga kocham, wszystko musiało się zacząć od lipcowego, czerwonego i parnego zachodu słońca i to zupełnie nie jest ważne gdzie. Grunt, że był zachód, było parno, aż całe ubranie lepiło mi się do ciała, a pot lał się z mojego czoła strumieniami. To lekka przesada, ale musisz zrozumieć, dlaczego właśnie tak piszę, bo to bardzo ważne, żebyś to sobie odpowiednio wyobraził. Było naprawdę gorąco, a ja wracałem potwornie zmęczony z pracy. Nie miałem czasu nawet myśleć o tym, jak ten zachód pięknie wyglądał (zdam sobie z tego sprawę... jakieś piętnaście minut po przyjściu do domu, ale to zaraz, nie wyprzedzajmy faktów!). Więc do zachodu jeszcze wrócimy. Póki co było gorąco, duszno, powietrze stało, a jak zawiało to żarem i jeszcze więcej potu spływało mi po twarzy.
Wpadłem do przyczepy w której mieszkałem, takiej małej, dość obskórnej z zewnątrz, ale w środku było całkiem zajebiście i każdy z moich kumpli, którzy często u mnie bywali i spali i mieszkali Wam to powie. A nie miałem sporo kasy, bo stypendium ledwie starczało na bieżące sprawy, ale gdzieś tak w kwietniu załapałem naprawdę niezłą robotę i planowałem wystrzałowe wakacje, choć nie wiedziałem jak je spędzę, poza tym, że wyjadę i będę jechał, aż nie upiję się tym, co widziałem, lub czas i kasa nie zmuszą mnie do powrotu. Przynajmniej tak to sobie kalkulowałem, przynajmniej miesiąc naprawdę dobrej zabawy, gdziekolwiek, byle dalej.
No i byłem w tej przyczepie, sterany robotą, bo choć była dobra, to jednak męcząca, zwłaszcza w taką pogodę. Nawet nie zwróciłem uwagi na pocztę, od razu poleciałem do lodówki i wyciągnąłem zimne piwo, dopiero jak się odwróciłem, to zobaczyłem że na ziemi, pod drzwiami, leżą dwa listy, więc je wziąłem do ręki. Pierwszy to jak zwykle był rachunek czy coś takiego; wystarczyło zobaczyć, że na wierzchu mój adres był zadrukowany i człowiek od razu wiedział, że to gówno, nie do ciebie, tylko do twojej kieszeni, do twojego biednego, pustego portfela. Rzuciłem więc kopertę na stolik, a z drugą, na której było napisane ręcznie moje nazwisko wziąłem ze sobą na taras i z piwem w ręku, leżąc na hamaku otworzyłem list.
I jak rany, nie wiem jak to się stało, zapomniałem że jestem zmęczony, zapomniałem, że jest gorąco, że mam mokry podkoszulek. Pod listem był podpis mojego dobrego przyjaciela, Vica. Vic studiował z nami niecały pierwszy rok, potem gdzieś go wywiało i tyle wszyscy o nim słyszeliśmy. A teraz wreszcie napisał do mnie, aż się zerwałem z hamaka z podniecenia, zakrzyknąłem „Vic! Kurna, Vic!” do siebie, choć pewnie ludzie co mogli być obok to usłyszeli. I co ten stary drań pisał, to że przeprasza, że się nie odzywał, ale naprawdę nie miał na to czasu ani – jak szczerze przyznawał – ochoty, dopóki sobie nie ustabilizował w miarę życia. No ale mu się udało. Pisał, że już nie mógł wytrzymać tej całej atmosfery na studiach, że nie mógł patrzeć jak wszyscy siedzą, robią co robią, kiedy obok słońce, drzewa (Vic zniknął na wiosnę zeszłego roku, tak właśnie było) i pewnego razu jak wracał z uczelni do domu, to szlag go trafił, wsiadł do samochodu i po prostu pojechał przed siebie. Dalej pisał co robił przez ten rok, a pisał długo i ze szczegółami: o tym, jak najpierw robił na stacji benzynowej, żeby spłacić zatankowaną benzynę, o szalonych wyścigach na szosie, o poznanej dziewczynie na wsi, której ojciec pozwolił się Vicowi przespać w stodole, a gdzie siedział potem przez miesiąc pracując na polu i latając za dziewczyną nad rzekę, po lesie, opowiadając jej o swoim życiu i słuchając o jej dzieciństwie, życiu na wsi; generalnie – sielanka, chociaż nie miał prawie grosza przy duszy i za to, co mu dawał gospodarz ledwo starczało na żarcie i że gdyby dziewczyna mu nie donosiła jedzenia z domu ukradkiem, to by pewnie musiał sprzedać wóz i teraz by do mnie nie pisał. W końcu musiał zostawić tych ludzi, choć było mu ciężko, bo ci ludzie się do niego przywiązali i on do nich też i chyba po cichu liczyli, że ten chłopak z samochodem z miasta w końcu oświadczy się ich córce. Ale w końcu wyjechał obiecawszy, że jeszcze ich kiedyś odwiedzi, choć do tej pory nie miał okazji.
Dalej pisał o swojej kolejnej robocie, przy której nie wytrzymywał fizycznie, bo to była robota dla fizoli, pracował pośród mięsniaków, nosił skrzynie, aż kark nie wytrzymał pewnego dnia; obudził się i nie mógł wstać, tak go bolał kręgosłup. Leżał tak cały dzień i następną noc, nic nie jadł, bo nie mógł się ruszyć, nie mógł też spać. W końcu udało mu się ruszyć i obolały uciekł stamtąd, choć nie odebrał nawet forsy za to, co robił do tej pory. W zimie wynajął sobie pokój w mieszkaniu razem z dwoma studentami, zaczął pracować bardziej na stałe, kasy mu przybyło tak, że znowu na wiosnę mógł spokojnie wyruszyć w drogę i teraz siedział na zachodnim wybrzeżu. Miał tam siedzieć do końca lipca, zanim zdecyduje co będzie robił dalej i do tego czasu mnie zaprasza, a potem może razem coś wymyślimy, a poza tym ma tam być jeszcze kawał jego i moich znajomych, którzy też się zaczęli szwędać po świecie.
Śmiałem się czytając ten list i poczułem jak jakaś nieziemska energia, zaklęta w tych prostych słowach uwolniła się, wlewając się we mnie, opanowując całe ciało. Ułożyłem się w hamaku i wbiłem wzrok w zachód, gdzie chowało się jeszcze czerwieńsze słońce. Delikatny wiatr, który wcześniej tak bardzo dokuczał, był teraz zwiastunem zmiany, szeptał cichutko, choć natarczywie, wzywając do drogi, do podróży, do śmiejącego się Vica, siedzącego teraz pewnie na leżaku na jakiejś plaży, z kobietą u boku, opowiadającego jej o mnie i wskazując na wschód, że gdzieś tam jestem, czytam jego list i już niedługo będę razem z nimi...!

Brak komentarzy: